Language
/ Kontakt /
advert armpower.net advert armpower.net

Złoty Tur - „szalony czas!” >>>

Złoty Tur - „szalony czas!” # Siłowanie na ręce # Armwrestling # Armpower.net

Na pewno ukaże się solidna monografia Turnieju o Puchar Złotego Tura, to niewątpliwe. Może też i moje wspomnienia na coś się w niej przydadzą… Podzielimy kolejne lata na okresy, nadamy jakieś nazwy, przeanalizujemy, opiszemy i będzie „pomnikowa” pozycja. Na razie staram się porządkować notatki wedle haseł, jakie mi przyjdą do głowy. Dlatego też ten fragment o historii, tego akurat okresu Złotego Tura, nazwałem „szalony czas”. Lata 2003 i 2004 były dla przyszłości Turnieju kluczowe i decydujące, a atmosfera – faktycznie nieco szalona. Być może dlatego, że wszyscy byli młodsi o – nie wymawiając – naście lat… ()

Może trudno w to uwierzyć, ale wtedy jeszcze nie było serwisu YouTube i możliwości zobaczenia zawodników były bardzo mizerne. Tym bardziej więc czekaliśmy na Johna Brzenka!

Dla świata „wschodniego” czyli naszych bliższych i dalszych sąsiadów z Europy Zachodniej i państw ogólnie traktowanych jako „poradzieckie” - Złoty Tur bardzo prędko stał się turniejem ważnym a nawet prestiżowym, najważniejszym. Jednak za Oceanem – mało kto wiedział, że Igor Mazurenko organizuje taką imprezę. Mało kto wiedział – kim są Alexy Voevoda, Jan Germanus, Rustam Babayev, John Onescu…

Kluczowe dla dalszego rozwoju imprezy było zaproszenie do rywalizacji najlepszych zawodników ze Stanów Zjednoczonych. Ale, jak to zrobić? Działania Igora Mazurenko były bardzo intensywne, ale nie da się ukryć, że pomógł też splot okoliczności.

Wyzwanie

W 2003 roku wpływowe forum amerykańskiego armwrestlingu – nord ARMA armwrestlingmessage. Zaczęło „nakręcać atmosferę” konfrontacji pomiędzy starą, dobrą Europą, a Stanami Zjednoczonymi. Pisano w tonie wzywającym do dania nauczki „tym amatorom ze Starego Kontynentu”. Pisano tak: „Jeźdźmy tam i pokażmy Ruskim, jak się walczy na ręce!” Wielki John Brzęk nie brał nawet pod uwagę, że może mieć jakieś poważne wyzwania za Oceanem. Sprawdził się w 1999 roku i uważał temat za zamknięty. „Kto mi może podskoczyć w Europie?” – myślał sobie, rozprawiając się z kolejnym Amerykanami.

Splot okoliczności polegał, między innymi, na tym że pewien Ormianin, urodzony w USA i tam mieszkający, chciał wpisać w wyszukiwarkę nazwę swojej ojczyzny… Zaczął pisać: Arm… bo miał zamiar szukać „Armenia” - ale! Ale od razu na pierwsze miejsce „wskoczył” - Armwrestling! No i tak się zaczęło! Sevan Matossian – wspomniany Ormianin, filmowiec dowiedział się, że jest taki sport. Dowiedział się też, że najlepszy w tym sporcie jest John Brzenk. Postanowił zrobić o Johnie film dokumentalny. No i tak już poszło. Sevan znał Igora i Johna. Igor i John mogli już się skontaktować. Tak to doszło do pierwszej wizyty Johna w Polsce.

John nie przyjechał sam. Amerykanów była piątka i tak oto zameldowali się w poszczególnych kategoriach:

Prawa ręka, 78 kg – na pierwszym Rustam Babayev Ukraina, na drugim Cvetan Gashevski (Bułgaria), na trzecim znów zawodnik Ukrainy Grigorij Bondaruk. Potem – Polak Zbigniew Chmielewski i „dopiero piąty” zawodnik USA Chad Silvers. Gość zza Oceanu musiał uznać wyższość europejczyków.

Nadeszła kategoria ciężka…

W kategorii 95 kg (prawej, bo wtedy była tylko prawa, jak pamiętacie, mam nadzieję) zawodnicy zza Oceanu dosłownie „otoczyli” europejczyków. Pierwsze i drugie miejsce to John Brzenk i Ron Bath. Potem na 3. i na 4. Taras Ivakin i Jon Onescu… no i dalej – znów panowie ze Stanów Zjednoczonych – Michael Selearis na piątym, Christopher Myers na szóstym.

Zatem w „klasyfikacji narodów” dla wagi 95 kg - USA, USA, Ukraina, Rumunia i znów USA i USA. Reprezentanci USA – Travis Bagent (2. miejsce) i Matt Girdner (3. m) opanowali podium w kategorii +95 kg, ale jednak na najwyższym stopniu stanął Alexey Voevoda. Amerykanie „zepchnęli” z podium takich zawodników, jak Peter Spust (Słowacja), Ruslan Kokoev (Rosja) i Normundus Tomson i Andrey Sharkov.

W najważniejszej kategorii wagowej, w „absolutka” czyli w open pierwsze miejsce zajął znów Alexey Voevoda, a na drugim znalazł się Amerykanin Matt Girdner. Trzecie miejsce – John Brzenk.

Jeśliby rozpatrywać open jako rywalizację Wschód vs Zachód to w pierwszej dziesiątce znalazło się: dwóch zawodników Rosji, dwóch z Ukrainy i – uwaga! - pięciu Amerykanów.

Tym samym „Złoty Tur” zyskał status turnieju światowego, ogólnoświatowego, międzynarodowego w pełnym tego słowa znaczeniu. Rok później open prawej ręki przedstawiało się nieco inaczej. Sklasyfikowano dziewięciu zawodników. Z USA – trzech, z Rosji, Ukrainy i Uzbekistanu – dwóch. Wygrał wtedy Travis Bagent, przed Andrey Antonovem i Johnem, a Andrey Pushkar był na czwartym miejscu.

Tak zaczęła się prawdziwa „międzynarodowa” historia Złotego Tura. Wracam do tytułu „szalony czas” i podtrzymuję swoją tezę, że był to czas rzeczywiście szalony. Ale była też w tym szaleństwie metoda i uparte dążenie do wejścia na obecny poziom Pucharu Świata Zawodowców.

Który to Brzenk?

Rok piąty – 2004 / Złoty Tur #5 / Puchar Świata Zawodowców #2 / Po raz pierwszy nazwany NEMIROFF WORLD CUP / 06 listopada 2004 / Warszawa, Hotel Marriott, Sala Balowa

Kowboj z reklamy… zacytuję więc sam siebie z ówczesnych notatek dla ARMPOWER, dla oddania tamtej, szalonej atmosfery. Bardzo chciałem zobaczyć – jak John wygląda „na żywo”! Nie tylko ja!

Piotr Szymanowski: - „Gdzie ten Brzenk? Który to? Przyjechał?” – dopytywaliśmy się zajętego jak zwykle Igora. Wskazał nam ręką gdzieś w przestrzeń i pobiegł. Dziennikarze, fotoreporterzy i wyżej podpisany rozglądamy się bezradnie. Nagle! To chyba on. Słowo daję, że moje pierwsze skojarzenie to „Kowboj z reklamy MARLBORO”. Dżinsy, zwykła koszulka, bardzo młoda twarz. Do tego sylwetka, szczerze mówiąc, nie robiąca wielkiego wrażenia wobec ogromnych gabarytów wielu innych zawodników. To on? Podeszliśmy nieśmiało. Ogromne, nie, nie ogromne, ale jakieś „osobne” przedramiona i niesamowity spokój w całym zachowaniu. Przyszedł czas na rozmowę. – „Bardzo słabo mówi po angielsku.” – stwierdziłem. John to naprawdę zwyczajny facet! Cienia szpanu, nie robi z siebie gwiazdy. Oczywiście od razu zaczęliśmy pytać o polskie pochodzenie, ale o tym w osobnym wywiadzie z Johnem.”

No i na dziś koniec wspominania „starych, szalonych czasów” - zapraszam na kolejne pożółkłe karty historii Pucharu Świata.

PeSzy

archiwum >>>

Language